niedziela, 30 marca 2014

Sephorowe kredki

Wczoraj, będąc we Wrocławiu, udałam się razem z Gosią Spooky Nails oraz Magdą Karminowe Usta do Sephory w celach zakupowych. Zapewne wszystkie z Was słyszały o promocji -40% na kosmetyki marki Sephora w zamian za stary kosmetyk. Nie wiedząc do końca, na czym ta promocja polega i co mnie zainteresuje, 'uzbroiłam się' w niezły woreczek staroci ;) W sumie niepotrzebnie, bo na jeden stary kosmetyk można było sobie wybrać dowolne 5. Miałam zamiar zrobić zakupy cieniowo-pędzlowe, niestety nic mnie tak nie zainteresowało, aby wrzucić kosmetyki do koszyka. Ostatecznie stanęłyśmy wszystkie przy wodoodpornych kredkach Jumbo Eyeliner i po wymazaniu się wybrałam trzy kolory (09 kaki, 05 beige, 13 marine), choć więcej kusiło ;)  Kredki są fajne, kolory bardzo ładne, przede wszystkim trwałe - trudno było je potem domyć z ręki. Dzisiaj miały próbę już w makijażu i jest całkiem nieźle. Gdyby nie to, że najbliższą Sephorę mam 30km od miejsca zamieszkania, udałabym się po kolejne egzemplarze. A tak, poczekam do następnej promocji ;)

13 marine, 09 kaki, 05 beige


Regularna cena to 45zł, trochę drogę. Jednak dzięki promocji zaoszczędziłam po 18zł, czyli za każdą kredkę zapłaciłam 27zł, już znośnie. 
Po pierwszym użyciu widzę, że świetnie nadadzą się jako baza pod cienie, samodzielny cień, w roli kreski, nawet na linii wody. Na pewno pokażę, jak się prezentują w makijażach.

Pozdrawiam :)


Czytaj dalej »

poniedziałek, 24 marca 2014

Paese Mini Me #51

W świątecznym PaeseBox znalazłam 3 minilakiery, jeden z nich chcę Wam zaprezentować. Dokładnie chodzi o lakier w kolorze szaro-brązowo-fioletowym oznaczonym numerem #51.


Cóż mogę powiedzieć o samym lakierze? Kolor jest niejednoznaczny, bo zależnie od światła szarzeje, albo brązowieje, a niekiedy uwidacznia się zgaszony fiolet. Do uzyskania zadowalającego krycia potrzebne są dwie warstwy. Wykończenie jest kremowe.
 

Sam pędzelek jest malusi, co utrudniało mi nakładanie lakieru, jednak jest on dość rzadki i ładnie rozlewa się po płytce. Choć trzeba uważać, aby to rozlewanie nie było niekontrolowane, bo można skończyć z pomazanymi skórkami.
Trwałość mnie zaskoczyła, ponieważ wytrzymał na moich paznokciach 5 dni. Oczywiście pojawiły się zdarte końcówki, ale nie były one rzucające się w oczy, przez co nie decydowałam się na zmywanie mani. Lakier nie odpryskiwał, nie odchodził płatami po długotrwałym kontakcie z detergentami czy wodą. Trzymał się całkiem nieźle.




Myślę, że dla osób lubiących takie przygaszone kolory lakier przypadnie do gustu.

Pozdrawiam :)




Czytaj dalej »

czwartek, 20 marca 2014

Ulubieniec do brwi - cienie z Inglot

Zabierałam się do tej recenzji wielokrotnie, ale zawsze było coś nie po drodze. Dzisiaj zrobiłam sobie listę z kosmetykami, o których chciałabym napisać i .... zaczynam od paletki cieni do brwi Inglot, po którą sięgam często, praktycznie codziennie.

Inglota bardzo lubię i jednocześnie unikam jak ognia, bo wiem, że jak wchodzę do salonu, to przepadam. Lubię tę firmę, lubię ich cienie, pomadki. Do grona ulubieńców dołączają cienie do brwi. 


Od razu zakupiłam trzy sztuki, do tego paletkę z lusterkiem, aby miały swoje miejsce i przede wszystkim aby się nie niszczyły. I to był strzał w dziesiątkę, ponieważ jest ona solidnie wykonana, cienie się nie przesuwają, ani samoistnie się nie "odklejają". Jednak plastik szybko się brudzi, co po dłuższym stosowaniu trudno domyć - zauważyłam to po paletce na cienie, którą już posiadam kilka lat. Zatem tę przytomnie trzymam w papierowej osłonce.  Zdjęcia są z wczoraj i nie widać żadnych porysowań czy trwałych przebarwień. Paletka z zewnątrz wygląda jak nowa. To lubię!



Kolory cieni wybierałam tak, aby pasowały do każdego typu urody. Sięgnęłam po chłodny popielaty odcień #568, ciepły brąz  #569 oraz chłodny grafit #567. Można je ze sobą mieszać, aby uzyskać odpowiednią barwę. Po zdjęciach widać, że często sięgam po grafit, mam ciemną oprawę oczu, czarne włosy, więc muszę "zamalować" moje liche brwi. Zależnie od makijażu, czy jest mocny czy dzienny, można stopniować barwę do wręcz nawet czarnej. Czasami także mieszam z popielatym, aby obrys brwi nie był za mocny. Po środkowy ciepły brąz praktycznie nie sięgam, nie pasuje do mojej chłodnej karnacji, jednak dla innych może być strzałem w dziesiątkę.



Konsystencja cieni jest dość sucha, może się pylić, ale strzepując nadmiar z pędzelka nie robię sobie krzywdy i nic mi się nie osypuje. Plusem jest także wydajność. Po prawie roku użytkowaniu produktu jest nadal bardzo dużo.



Tę paletkę zaliczam do ulubieńców. Jest poręczna, zajmuje mało miejsca w kosmetyczce. Samymi cieniami mogę stopniować kolor, który jest trwały i nie znika z brwi w ciągu dnia. Kolory można także używać jako cienie do powiek, dobrze się je nakłada i rozciera.

Koszt jednego wkładu to około 10 zł, więc jest przyjemnie. W ofercie są także woski do brwi.

Co sądzicie o możliwości komponowania własnej palety cieni do brwi? Jest to przydatne, czy raczej wolicie zainwestować w jeden kolor?

Pozdrawiam :)


Czytaj dalej »

wtorek, 18 marca 2014

Pomadki witaminowe Deni Carte

Dzisiaj chciałabym Wam pokazać, jak prezentują się pomadki Deni Carte - bardzo jasny wybielony róż #54 oraz winna czerwień # 65 Obie pomadki pochodzą z tej samej kolekcji i teoretycznie powinny się zachowywać podobnie, jednak tak nie jest. O czym będzie później.
 

Opakowanie pomadek jest w moim odczuciu eleganckie - wykonane z odbijającego się grafitowego plastiku z odrobiną czerwieni na której jest logo firmy. Po odkręceniu nakrętki, wnętrze jest czerwone.Raczej plastik jest porządny, nic mi nie pękło, czy się porysowało. Sam sztyft otrzymałam lekko uszczerbiony - nie wiem, czy ktoś wcześniej otwierał i źle zakręcił, czy przy produkcji coś poszło nie tak - trudno mi to określić. Jednak pomadki działały jak należy, więc tego nie reklamowałam.



Bardzo przypadła mi do gustu winna czerwień, choć rzadko sięgam po intensywne kolory - są dla mnie zbyt rzucające się w oczy i zawsze czuję dyskomfort, że coś się rozmazało. Mimo tego, pasuje do mnie. Łatwo sunie po ustach, pozostawia je gładkie i miękkie, nie podkreśla suchych skórek, nie wchodzi w zmarszczki ust. Trwałość jest standardowa do 2-3h bez picia i jedzenia.

 
 

Jasny róż to już nie moja bajka. Myślałam, że będzie raczej coś w stylu nude. Kolor do mnie w ogóle nie pasuje niestety, czuję się w nim troszkę jak Jola R. ;) Być może przy innej karnacji wyglądałoby lepiej. Przy zbliżeniach ust oczywiście tej tragedii nie widać, ale już przy zdjęciach całościowych tak. Niestety wchodzi w zmarszczki ust i wygląda tak, jakby pomadka była zważona, co mi w ogóle nie odpowiada. Próbowałam kilku sposobów nakładania i ciągle uzyskiwałam ten efekt.



Dwa produkty takie same różniące się jedynie kolorem, jednak inaczej zachowują się na ustach. Czerwieni mówię TAK, natomiast jasnemu różowy NIE.

Pozdrawiam :)



Czytaj dalej »

sobota, 15 marca 2014

Zestaw małego chemika, czyli moje eksperymenty z pielęgnacją.

Hej

Ostatnio moja pielęgnacja wołała o pomstę do nieba. W sumie przez ostatnie 2 miesiące nie dbałam o siebie, przyznam się bez bicia... wszystko ograniczałam do minimum z minima. Szybki prysznic, szybki makijaż, albo i w ogóle brak makijażu (:O), szybki demakijaż. Dodatkowo doszło ogólne zmęczenie. Wyglądam okropnie. Znajomi wręcz się pytają, czy dobrze się czuję, czy nie jestem chora. Ale to tylko ja z braku czasu, chęci itp zafundowałam sobie takie atrakcje. Chyba nadszedł czas, aby to zmienić.

Robiąc sobie kolejny odmóżdżający wieczór, natknęłam się na filmik Katosu [klik], gdzie opowiada co zmieniła w pielęgnacji, co używa oraz jak i gdzie można to dostać. Za chwil parę przeczytałam ciekawe posty u Naturalia bloguje [klik] oraz  MademoiselleEve  [klik] i postanowiłam wgłębić się w temat.
Z OCM czyli z oczyszczaniem olejami, miałam już przygodę z dwa lata temu. Wtedy to sięgnęłam po oliwę z oliwek i olej rycynowy. Z lenistwa, braku przekonania do ten metody, po kilku dniach dałam sobie spokój. Tym razem chciałam zacząć porządnie. Także piszę ten post po to, aby nie zrezygnować z tego wszystkiego po tygodniu (co u mnie jest możliwe) bo będziecie krzyczeć, prawda? ;)

Z wyborem olejów miałam problem. Katosu poleca olej ze słodkich migdałów oraz avokado. Naturalia, ale także MademoiselleEve pisze, że one mogą zapychać, a tego bym nie chciała. Polecają olej jojoba, z pestek malin itp. No cóż... pomyślałam, że jak nie spróbuję, nie przekonam się. Poza tym, skład muszę dostosować do siebie, nic nie jest uniwersalne. Postanowiłam pójść za ciosem, weszłam w pierwszy sklep z półproduktami, o którym sobie pomyślałam, czyli ZróbSobieKrem i złożyłam zamówienie ;) Kilka rzeczy wpadło też "przypadkowo". ;)




1. Oleje i inne płyny.
Aby nie zamawiać dużych butli olejów, które niekoniecznie muszą się u mnie sprawdzić, wybrałam kilka po 15ml czy 30ml. Sięgnęłam po olej ze słodkich migdałów, olej z awokado, olej z nasion malin, olej jojoba i olej rycynowy. Tylko olej z nasion malin ma pojemność 15ml, reszta po 30ml. Do tego wzięłam czysty kwas hialuronowy 1%, jeszcze nie wiem po co, ale może się przyda :)



Pierwszą mieszankę olejów zrobiłam na bogato. To źle, bo będzie mi trudno stwierdzić, który olej może mi nie podpasować. O tym dopiero później pomyślałam, więc już było po ptokach. Jak coś będzie mi się wykluwało na twarzy, to zrobię uboższą mieszankę, choć liczę, że aktualny skład mnie nie zawiedzie.  Pojemniczek na mieszankę mam 30ml, taką też chciałam - po pierwsze jest poręczna, a po drugie, w razie niewypału, nie będę żałować utraty całego oleju.
W 30ml znajduje się 3ml oleju rycynowego (czyli 10% mieszanki), 7ml oleju z nasion malin (czyli 23% mieszanki) 10ml oleju ze słodkich migdałów oraz z awokado (czyli po 33% mieszanki) Razem to nam dało 30ml. Do tego dokupiłam w Lidlu trzy trójpaki ściereczek, chyba muślinowych czy coś w tym stylu, które wyglądają jak małe kolorowe mięciutkie ręczniczki. Zestaw do demakijażu gotowy :)


Użyłam mieszanki z dwa razy i już widzę że moja cera jest gładsza. Aaaaaa i chyba będę musiała zmniejszyć ilość oleju rycynowego, bo zauważam przesuszenie wokół wyprysków. Ale zobaczę, co będzie dalej się działo.

A czysty olej jojoba wsmarowałam w siebie po kąpieli i mówię WOW!

2. Witaminki?
Po oczyszczeniu twarzy z makijażu sięgam po witaminę C. Zakupiłam czysty sproszkowany kwas askorbinowy i zrobiłam jego roztwór 10procentowy. Nie wiem czy dobrze robię, ale nakładam sobie ten roztwór na twarz - szybko się wchłania. Ponoć witamina C rozjaśnia przebarwienia potrądzikowe.



3. Plamy a kysz!
Na ZróbSobieKrem natrafiłam na serum wybielające przebarwienia i piegi. Recenzje tam były nawet dobre, więc zaryzykowałam. Krem trzeba wykorzystać w ciągu dwóch tygodni, chyba że się zaaplikuje konserwant (o czym pomyślę później). Więc za dwa tyg będę musiała zakupić kolejny produkt.


A serum jest mega wydajne. Skład też niezły i szczerze to pokładam w nim wielkie nadzieje. Produkcja także łatwa, choć 'ynteligentnie' nie przeczytałam instrukcji przed zamówieniem i nagle czytam, że są potrzebne jakieś zlewki, mieszadła, mikserek :) Musiałam improwizować - trochę się namachałam ;)



4. A co to takiego?
To bonusik od sklepu. Szczerze to nie wiem jak tego używać, z czym i czy sobie krzywdy nie zrobię. Nie miałam oporu aplikować sobie witaminy C, tak z tym to jakoś nie chcę po omacku działać, bo raczej krzywdę sobie zrobię. Chyba, że pomożecie ;)




Plany!
Jeszcze chciałabym skomponować swój własny tonik. Macie gdzieś jakiś ciekawy przepis? Wystarczy sam hydrolat, czy lepiej z czymś rozcieńczać?
I pewnie sięgnę po inne oleje, muszę też sprawdzić jak olej z jojoba sprawdzi się na buzi, bo na ciele zrobił mi cud, miód ;)


Wiem, że jestem laikiem w tym temacie i pewnie będę popełniać błędy. Liczę na Waszą pomoc, bo zapewne wśród Was są osoby specjalizujące się w  OCM i pokrewnych sprawach. Chętnie wysłucham Waszych propozycji i rad. A może znacie jakieś inne sklepy z olejami? Bo przyznam, że takie kupowanie po 30ml to dość drogi interes ;)
Raczej mam ostatnio słomiany zapał, jednak nie chcę rezygnować z metody OCM, na razie nie ma jakiś efektów, wypryski nie znikają, plamy potrądzikowe dalej szpecą moją twarz, ale mam nadzieję. Z conajmniej miesiąc muszę wytrzymać ;)



PS. Dziękuję za wsparcie pod ostatnią notką! Nawet nie wiecie, jak to jest dla mnie ważne. Każdej z osobna ślę buziaki :******

Pozdrawiam :)


Czytaj dalej »

sobota, 8 marca 2014

Ciężko jest wrócić...

Hej

Do napisania tego posta zabierałam się kilkukrotnie. Nie jest to dla mnie łatwy temat, wiem też, że większość z Was nie doczyta go nawet do końca, co rozumiem. Ale czuję potrzebę opowiedzenia o tym wszystkim, przez co przeszłam w ostatnich miesiącach. Potrzebuję przenieść codzienne monologi na 'papier'... Mimo, że blog jest przecież typowo kosmetyczny, jednak jest to moje miejsce, więc zrozumiałe powinno być, że zrobię to tutaj.

Zniknęłam na jakiś czas. Pewnie wiecie dlaczego. Przez ostatnie miesiące cały swój czas poświęciłam jednej osobie - Mariuszowi. Jest moim szwagrem, którego traktuję jak przyjaciela, brata. Przez ostatnie miesiące walczyliśmy z jego chorobą - czerniakiem złośliwym, a w styczniu i lutym dodatkowo z absurdami w 'służbie' zdrowia. W polsce nie ma normalnego programu leczenia nowotworów. To pacjent i jego rodzina musi biegać między lekarzami, stać w kilkugodzinnych kolejkach lub płacić po 300zł za 5 min wizyty...To oni muszą się dokształcać, bo lekarze nie wiedzą o nowoczesnych metodach leczenia. Muszą siedzieć przy łózkach i pilnować podawania leków. Muszą kłócić się z pseudolekarzami, którzy za nic mają ludzkie życie, śmieją się prosto w twarz, kłamią, nie podają leku, doprowadzają do pogorszenia stanu chorego. To oni zabijają, nie choroba, bo choroba jest do wyleczenia.

Mariusza życie zostało wycenione na ok 350 tyś zł, które wyłożyć 'na stół' musiał pacjent. Tyle kosztował lek Ipilimumab. Gdyby Mariusz mieszkał w cywilizowanym kraju zachodniej Europy, to otrzymałby go za darmo. Niestety u nas lek do 1 marca br nie był refundowany. A wiecie dlaczego? Bo NFZ wymyśliło sobie, że jeżeli firma produkująca lek nie zejdzie z ceny, to nie podpisze na niego kontraktu. I tak z około 2 lata trwała ta 'walka'. Nie ważne jest życie człowieka, ważne jest jakieś tam widzimisię kogoś na górze. Nie ważne, że ten lek podany w odpowiednim czasie, w początkowym stadium choroby daje 80% pozytywną odpowiedź, czyli chorzy są wyleczeni i spokojnie żyją sobie jeszcze średnio 10 lat (bo tyle mniej więcej trwały badania nad tym lekiem). Powinno się go podawać także chorym z wieloma przerzutami do mózgu, ponieważ jest to jeden z nielicznych leków, który przechodzi przez barierę układ krwionośny - mózg. A im bardziej się zwleka z jego podaniem, to ten procent maleje. A wiecie co jest najtragiczniejsze w tym wszystkim. Lek jest refundowany od 1 marca (co i tak jest nieprawdziwą datą, co wyjaśnię później) Aby go otrzymać z NFZu trzeba spełnić wiele wymogów. Jednym z nich jest to, że chory, musi najpierw być leczony standardowo np przejść przez chemioterapię lub radioterapię oraz uczestniczyć w badaniach klinicznych innego leku, który nie zadziałał. Co prowadzi do tego, że Ipi jest podawane w tym końcowym stadium choroby, kiedy to szanse na wyleczenie są 20-40%. W ogóle nie rozumiem tej polityki. Przecież jeżeli państwo ma wywalać ok 300tyś złotych na lek, to niech to robi wtedy, kiedy szanse na wyleczenie są największe... Ale to jeden z paradoksów... Kolejnym paradoksem jest to, że ubiegać o refundację mogą osoby pełnoletnie. Ja mam namiary na 17letniego chłopaka chorego na czerniaka ... czy pan w eleganckim garniturku z NFZu powie mu prosto w oczy, że nie dostanie leku, bo jest za młody i musi umrzeć?! I ta śmieszna data 1 marca... pani w NFZie nam jasno odpowiedziała - lek będzie dostępny może za pół roku, bo przecież kontrakty ze szpitalami trzeba podpisać, a to trwa. Więc ja się pytam - po co dajecie ludziom nadzieję...? Pół roku przy tej chorobie to ogrom czasu... Wszystko może się zmienić... tak jak u Mariusza...

Lojalka... Ustawa gwarantuje pacjentowi, że może się leczyć gdzie chce... Bujdy na resorach.  żaden szpital nie przyjmie do siebie pacjenta z innej placówki. No chyba, że ma się znajomości. Myśmy nie mieli... nawet gdybyśmy z Mariuszem podjechali na SOR do innego szpitala, to mogliby nas nie przyjąć, daliby leki i odesłali do domu... Inna sytuacja - znaleźliśmy lekarza, który chciał się podjąć wycięcia guza. Ale ordynator się nie zgodził i ten biedny lekarz musiał być jemu lojalny... A gdzie w tym wszystkim życie człowieka?

Kłamstwo... W szpitalu, w którym Mariusz przebywał, nie leczono go. Doprowadzono do pogorszenia jego stanu. Wmówiono nam, że stan Mariusza się pogarsza, bo leki nie działają - a nie działały bo były niepodawane. Spowodowało to ponowny nawrót problemów neurologicznych. Co więcej nie podawali leków antypadaczkowych.. Razem z siostrą byłyśmy tam od rana do wieczora, za każdym razem, jak pielęgniarki przynosiły tabletkę, pytałyśmy się 'co to?'. Słyszałyśmy że to lek przeciwbólowy. Nigdy nie padło słowo Depakine!. Nawet lekarka prowadząca na samym początku stwierdziła, że na razie odsuwają go. A co w karcie widniało - że miał podawany ! Więc się pytam - KIEDY???   Brak leków antypadaczkowych był kolejnym wyrokiem, bo w sytuacji stresowej spowodowało atak epilepsji... Osoby po operacji na mózgu muszą mieć je podawane do końca życia...

Brak empatii.... Zmieniła się lekarka prowadząca i rozpoczęły się kolejne kwiatki. Nie wiedziała ona przez 1,5h że ma nowego pacjenta, dodatkowo nawet nie zapoznała się z historią choroby! Na pytanie gdzie są dokumenty, powiedziała, że nie wie, gdzieś są. Więc skwitowałam sytuację, że to są jakieś jaja. Lekarka bardzo się oburzyła! Wyrzuciła mnie nawet z gabinetu. Niestety dla niej musiała ze mną rozmawiać, bo miałam wszystkie upoważnienia. Zapytałam się jej w końcu co dalej? co będą robić? Wiecie co mi odpowiedziała? Że teraz idzie na urlop (to był piątek) i jutro zostanie przydzielony nowy lakarz prowadzący, który zapozna się z dokumentami.... Wszystko mi opadło... A nowy lekarz pojawił się dopiero w poniedziałek przecież.. przez weekend dyżuruje tylko jeden, który nie ma czasu na nic.. musi gdzieś kiedys spać przy 48h dyżurze, co nie...?

Brak nadziei... W poszukiwaniu rozwiązań kilku lekarzy nawiedziłam. Katowice, Warszawa, Szczecin. Nikt nie widział szans... wszyscy umywali rączki, niikt nie chciał zaryzykować. Tłumaczenie było proste - dużo przerzutów, nie warto nic wycinać, cokolwiek robić. Nie rozumieli, że onkolog dosadnie powiedział, że Ipi można podać, gdy zrobi się porządek z największym guzem. Z resztą tych maleńkich rozprawi się Ipilimumab.. Zero współpracy nawet na linii lekarz - lekarz.To właśnie jeden z absurdów. Zamiast lekarze się między sobą kontaktować i znajdować najlepsze rozwiązanie, wysyłają pacjenta z karteczkami, skierowaniami, zaleceniami... Dopiero w Opolu lekarz po wysłuchaniu naszej opowieści stwierdził, że zmarnowaliśmy 2 tygodnie... i że on chce pomóc, chce zawalczyć, bo trzeba. Tylko, że.... Już było za późno... Niestety Mariusz wymęczony przez katów w szpitalu we Wrocławiu zmarł...


 Po co to wszystko opisałam... bo musiałam. Chcę. Dla siebie, dla Mariusza, dla wszystkich, którzy stali przy nim. polska to kraj absurdów, kraj gdzie człowiek dla państwa jest mało ważny, gdzie się nie daje możliwości na leczenie. Trzeba zbierać kosmiczne kwoty, co trwa długo i często okazuje się, że jest już za późno. W lutym za późno było dla Mariusza... ale i też dla Filipka, chorego na neuroblastomę....

Co więcej - ogarnęło nas wielkie rozczarowanie. Pomagali nam w większości obcy ludzie, ci, o których myśleliśmy, że staną za nami murem, wycofali się. Teraz wiemy, na kim można polegać. Są nowi najlbliżsi znajomi, przyjaciele. Także w blogosferze. Dziękuję dziewczynom za nagłośnienie historii, ja biegając miedzy lekarzami, szpitalem, fundacją, organizując eventy, aukcje itp po prostu nie miałam czasu. Gosiu, Agatko dziękuję. Reszcie też, przepraszam, że nie wypiszę, nie pamiętam już gdzie kto co pisał. Wiem, że organizowałyście dużą zbiórkę. Niestety zabrakło czasu. Jednak nie rezygnujcie, ponieważ potrzebujących jest wiele, a państwo nie pomaga....

Po tym wszystkim, gdzie w głowie tkwią ciągle te same obrazy, gdzie koncentracja na czymkolwiek jest zerowa, ciężko jest wrócić do pisania tak przyziemnych rzeczy jakimi są recenzje kosmetyków, do malowania się, uśmiechania się do aparatu itp. To co kocham robić, jest teraz odległe. Jednak nie chcę i nie mam zamiaru rezygnować z blogowania, jednak strasznie ciężko mi jest poukładać to wszystko w głowie. Czas leczy rany, wiem, że muszę go mieć więcej. Muszę czekać cierpliwie, aż się wszystko w mojej głowie unormuje, jak ucichną wewnętrzne głosy, żal, ale też i wściekłość i nienawiść skierowana do konkretnych ludzi ale i też do systemu.

Jakoś wrócę, tylko nie wiem kiedy... Poczekajcie proszę....




Czytaj dalej »
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...