poniedziałek, 29 lutego 2016

Korektory Kobo Professional, czyli Magic Corrector Mix

Dzisiaj miała być recenzja dwóch podobnych do siebie kosmetyków, jednak w trakcie pisania musiałam nanieść zmiany, ponieważ post byłby zbyt długi. Co za dużo, to nie zdrowo, jak mawiał klasyk. Kobo Professional Magic Corrector Mix, bo on będzie dzisiejszą gwiazdą, służy mi do  zakrywania niedoskonałości lub odświeżania kolorytu cery. Nie jest to produkt typu 'must have', można się bez niego obejść, jednak osobom, które lubią makijaż i bawią się nim, powinien się spodobać  Zapraszam do dalszej lektury.



Magic Corrector Mix to zestaw czterech plastycznych kolorowych korektorów. Raczej nie do użytku na codzień, chyba że Wasza problematyczna cera potrzebuje silnego wsparcia. U mnie raczej sprawdza się przy ważniejszych wyjściach, ostatnio nie przepadam za zbyt wieloma warstwami i wolę, by moja cera nie była zbyt często obciążona. Jednak, gdy chcę wyglądać nieskazitelnie, to te korektory spisują się wyśmienicie. 



W kółeczku są cztery kolory: 
Zielony, po który najczęściej sięgam, służy mi do neutralizowania czerwonych przebarwień potrądzikowych oraz do przykrywania wyprysków. Nakładam go wtedy pod podkład - nanoszę go pędzelkiem, a następnie lekko wklepuję palcami. Ciepło ciała sprawia, że jest bardziej plastyczny, dobrze przylega do skóry.  To, o czym należy pamiętać przy jego aplikacji, to to, żeby go nakładać punktowo i niezbyt wiele. Zbyt duża ilość sprawia, że całkowicie nie współgra z podkładem czy innym korektorem. Wielokrotnie, z racji problematycznej cery, sięgałam po tego typu kamuflaże, jednak nie sprawdzały się u mnie. Schodziły bardzo szybko, nie były trwałe i moja cera wyglądała gorzej niż bez ich użycia. Natomiast ten korektor ładnie wtapia się w cerę, nie schodzi pod wpływem podkładu, z czym zawsze miałam problem, nie przebija przez podkład (używam najczęściej Revlona), z czasem nie waży się na skórze. 

Różowy radzi sobie u mnie przede wszystkim z cieniami pod oczami. I tutaj ważne jest, aby wyczuć odpowiednią ilość, ponieważ jest dość ciężki i może zrobić nam więcej krzywdy niż tego chcemy. Nigdy nie nakładam go aż pod samą dolną powiekę, jedynie delikatnie w obszar wokół kości od oczodołów(? mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi). Aplikuję go na czystą cerę najpierw za pomocą pędzelka a następnie wklepuję za pomocą palców. Wtedy dopiero nakładam podkład. Po raz pierwszy jak tak zrobiłam, byłam pod dużym wrażeniem. Nie było widać żadnych cieni, co przy średnio kryjących beżowych korektorach czasami się zdarzało. Mogłabym go używać codziennie, jednak przy porannym makijażu po pierwsze nie mam zbyt wiele czasu, a po drugie nie chcę zbyt często obciążać skóry, bo mimo wszystko korektor jest ciężki. Natomiast na większe wyjścia zawsze jest pod ręką.

Biały to kolejny kolor, który stosuję, jednak do innych celów, niż to przewiduje producent. Służy mi do konturowania, a mianowicie do rozjaśniania obszarów takich jak czoło, grzbiet nosa, kąciki wewnętrzne powieki, pod łukiem brwiowym itp. Nanoszę go na podkład i za pomocą pędzla lub gąbki dociskam do skóry. Myślałam, że będzie zbyt biało, jednak bardzo ładnie komponuje się z podkładem. Dobrze się na nim trzyma, po przypudrowaniu jest nie do zdarcia. Biały korektor nakładałam także na powiekę i ładnie podbijał kolory cieni. Jednak  u mnie ten sposób nie do końca się sprawdza i nie powinnam nanosić na powieki żadnych tłustawych specyfików, ponieważ bardzo szybko zbierają się w załamaniu. Jednak jeżeli lubicie tego typu bazy pod cienie, to myślę, że się zaprzyjaźnicie. 

Fioletowy jak na razie nie znalazł u mnie zastosowania. Próbowałam go używać pod lekkie przebarwienia, jednak nie sprawdzał się tak jak zielony korektor. Pod oczami także nie był na tyle dobry co różowy. Wg producenta dobrze sobie poradzi z ciemnymi plamami, jednak dla mnie jest zbędny. Może Wy macie dla niego jakieś zastosowanie.


Moim zdaniem, ten korektor nie jest dla każdego. Przede wszystkim nie każdy potrzebuje aż takich czarów. A po drugie nie jest prosty w obsłudze. Jest bardzo gęsty i ciężko go wyciągnąć z opakowania palcem. Nieumiejętnie nałożony zrobi więcej złego niż dobrego. Ja nauczyłam się go stosować po dłuższym czasie, a pierwsze aplikacje nie należały do udanych. To co zauważyłam i to co mi pomaga, to mały płaski pędzelek z sztywnym włosiem, którym nanoszę produkt na cerę. Pozwalam mu się rozgrzać i następnie wklepuję palcem. Dopiero wtedy mogę aplikować podkład (nie dotyczy to białego koloru). Nie należy także przesadzać z ilością, bo się waży, na skórze musi być cieniutka warstewka. Korektory są na tyle dobrze napigmentowane, że to wystarcza do pełnego krycia. Produkt stosuję na większe wyjścia, sprawdziłam go w wielu sytuacjach  i nigdy mnie nie rozczarował. Z tego kwartetu jestem zadowolona.


A czy Wy stosujecie kolorowe korektory, aby zakryć niedoskonałości?

Pozdrawiam :)


Czytaj dalej »

poniedziałek, 22 lutego 2016

Purple Smokey Eyes - makijaż

Zawsze bardzo podobał mi się makijaż w stylu Smokey Eyes. Najbardziej u blondynek, gdzie przyciemnione oko na tle jasnej cery i jasnego koloru włosów wygląda fenomenalnie. Gdy sama stałam się blondynką, ten typ makijażu noszę dość często. Zazwyczaj wybieram szarości i czerń, jednak tym razem sięgnęłam po zgaszone fiolety i róże, które świetnie podkreśliły moją tęczówkę. 

 


Uważa się, że Smokey Eyes jest trudny do wykonania. Przyznam się, że nie mam z nim problemu. Ważne jest jedynie porządne roztarcie cieni. Nie nakładam też zbyt wiele cienia na powieki - wolę go dokładać, niż mieć później problem ze zbyt wysoko położonym cieniem i zastanawianiem się jak to rozetrzeć, aby wyszedł dymek. Dobrze jest na początku podkreślić załamanie powieki. Tak też zrobiłam w tym makijażu. Użyłam do tego brudnego różu. Następnie na całą ruchomą powiekę nałożyłam czarną kredkę, która wyśmienicie sprawdza się jako baza pod ciemne cienie. Dopiero wtedy na nią nałożyłam zgaszony fiolet, który delikatnie rozcierałam do góry. W podobnych kolorach podkreśliłam dolną powiekę, nie przesadzałam ze zbyt dużą ilością, aby jej zbytnio nie obciążać. Kąciki zewnętrzne rozświetliłam połyskującym jasnym, brzoskwiniowym cieniem. Linerem narysowałam kreskę wzdłuż górnej linii rzęs, natomiast czarną kredką podkreśliłam linię wody. Na sam koniec przykleiłam sztuczne rzęsy oraz je wytuszowałam.




//FACE//
- Revlon Colorstay 180 Sand Beige
- Kobo Professional Face Contour Mix
- Kobo Professional Magic Corrector Mix
- Maybelline Affinitone Concealer 02 Natural
- Rimmel Stay Matte Pressed Powder
- Clinique Fresh Bloom: 04 Plum Poppy
- My Secret Face Illuminator Powder
//BROWS//
- My Secret Design You Eyebrow Gray
- Kobo Professional Eyebrow Colour 302 Ash
- Deni Carte Beige Pencil
//EYES//
- Urban Decay Eyeshadow Primer Potion 
- Urban Decay 24/7 Glide-On Eye Pencil Perversion
- My Secret Natural Beauty Palette: Autumn Blossoms
- False Lashes Ardell Demi Wispies
- L'Oreal Volume Million Lashes So Couture Mascara
//LIPS//
- Kobo Professional Matte Lips 401  La Madeleine



Polecam Wam paletkę cieni, którą wykonałam ten makijaż. Za pomocą My Secret Natural Beauty Autumn Blossoms można zrobić lekki dzienny look, ale też taki mocniejszy, wieczorowy. Cienie są świetnie napigmentowane i bardzo dobrze się nimi pracuje. A najsympatyczniejsze jest to, że ta paletka cieni kosztuje ok 14zł. Teoretycznie dedykowana jest na jesień, jednak moim skromnym zdaniem można jej używać przez cały rok :)




W tym makijażu czułam się fenomenalnie. A co Wy o nim myślicie?

Pozdrawiam :)




Czytaj dalej »

sobota, 20 lutego 2016

Przepis na idealne kreski

Kreski bardzo lubię, choć ostatnio rzadko je maluję. Jednak prawie zawsze przy większych wyjściach są one dopełnieniem makijażu. Oko wtedy jest wyraziste, kąciki zewnętrzne uniesione, linia rzęs przyciemniona. W swojej kosmetyczce mam wiele produktów, którymi mogę wykonać kreski. Jednak to po linery w pisaku najczęściej sięgam. Jest mi wtedy najłatwiej i najszybciej namalować linię, taką jak lubię. Ostatnio to Kobo Professional Precise Pen Eyeliner zdobył moje serce. Jak na razie spisuje się wyśmienicie. 

 



Opakowanie jest standardowe jak na tego typu produkty. Jednak najważniejszy jest rysik, za pomocą którego można namalować kreski. Nie zmienia on kształtu, nie rozmiękcza się, nie flaczeje po długim użytkowaniu. W czasie malowania nie wysycha, wciąż do niego dociera liner. Dzięki temu malowanie kresek jest bajecznie proste, sunie bezproblemowo po powiece - jak flamastrem po papierze. Ma dobrą pigmentację i już za jednym ruchem pokrywa skórę, nie trzeba kilkukrotnie malować w jednym miejscu. A ta cecha jest bardzo ważna przy tego typu produktach. Możliwość zepsucia czegoś spada do minimum.

Trwałość kreski namalowanej pisakiem Pricese Pen Eyeliner jest bardzo duża, nie rozmazuje się. Czasami łzawią mi oczy i nie zdarzyło mi się, aby cokolwiek stało się z kreskami. Trwa aż do demakijażu.


Bardzo często dostaję wiadomości z pytaniem, jak maluję kreski. Na pewno ważne jest narzędzie, którym się operuje. A ich jest wiele. Linery w żelu, w płynie, w pisaku, w kałamarzu itp. Można malować je pędzelkiem zakrzywionym, prostym, ściętym. Mi najlepiej operuje się linerami w żelu i płaskim ściętym pędzlem oraz linerami w pisaku. Choć za pomocą tych drugich nie udaje mi się komuś namalować ładnej kreski. A u siebie to taką właśnie najczęściej formę wybieram. 
Podczas malowania zawsze opieram łokieć o blat stołu, musi być ona stabilna, aby nie robić gór i dolin. Nie naciągam skóry, ponieważ nie mam czym - w drugiej ręce trzymam lusterko. Zazwyczaj zaczynam malowanie kresek od wewnętrznych kącików i tam są najcieńsze. Przesuwając się na zewnątrz pogrubiam je. W odpowiednim miejscu ciągnę kreskę do góry, staram się nie dojeżdżać do kącików zewnętrznych. Mam lekko opadającą powiekę i nie wszystkie kształty kresek mi pasują. Do tego doszłam tak naprawdę po latach ich malowania, choć zdarza mi się nadal, że nie zawsze jest tak, jak bym tego chciała. Do pewnych trików także doszłam z czasem. Aby w zewnętrznych kącikach zakończenie kreski wyglądało idealnie, wspomagam się odrobiną korektora - za pomocą pędzelka wyrównuję krawędzie. Jeżeli zdarzy mi się, że linia jest poszarpana, to albo patyczkiem kosmetycznym zmazuję daną część i rysuję od nowa, albo sięgam po np płyn micelarny, lekko zwilżam pędzelek i sunę nim po krawędzi kreski. Liner wtedy lekko się rozpuszcza i wypełnia braki. Ten pomysł jakiś czas temu pokazywała w swoim filmiku Alina Rose, więc tam też Was odsyłam, jeżeli chcecie to zobaczyć. Ten trik dużo zmienił w moim malowaniu kresek, ułatwił całą procedurę, bo często chcąc linerem wypełnić dane luki, wyrównać kształt, kończyło się to tragedią. Im dłużej maluje się kreski, tym zwiększa się prawdopodobieństwo, że zrujnuje się cały makijaż. A to jest niepożądane.




Czym Wy malujecie kreski? Macie jakieś sprawdzone triki, które ułatwiają ich rysowanie? Podzielcie się pomysłami :)

 Pozdrawiam :)







Czytaj dalej »

piątek, 19 lutego 2016

Lutowe zakupy, czyli co nowego w mojej kosmetyczce

Pilnuję się z zakupami, raczej tylko uzupełniam to, co się pokończyło, rzadko się skuszę na coś nowego, ponieważ moja szafa pęka już w szwach. Mam wiele kosmetyków kolorowych, aż mi jest żal, że wiele z nich zostanie nie wykorzystanych w pełni i po jakimś czasie trafi do kosza z powodu przeterminowania się. Dlatego też staram się na kolorówkę nie polować, chyba że coś naprawdę kusi. Troszkę inaczej jest z pielęgnacją. Zapasów wielkich nie mam, więc pozwalam sobie czasami na szaleństwo. W tym miesiącu jednak postawiłam na najpotrzebniejsze kosmetyki, choć wpadło do koszyka kilka niezaplanowanych produktów. 



Revlon Colorstay  to podkład, który u mnie schodzi litrami. Zawsze jak mi się kończy, to planuję zakupy internetowe. Trafiłam na fajną promocję - 26,99zł za jedną buteleczkę to bardzo mało. Dlatego też wzięłam od razu dwie, choć początkowo w koszyku było ich więcej. Ale - im szybciej się skończy, tym szybciej będą kolejne zakupy :D

L'oreal True Match Concealer bardzo polubiłam, tak więc od razu trafił do koszyka. Na blogu możecie znaleźć recenzję tego korektora.



Pielęgnacja u mnie to podstawa. Moja cera jest problematyczna i niewiele kosmetyków potrafi ją wyciszyć. Ostatnio zrobiłam głupstwo, sięgnęłam po nowe kosmetyki do demakijażu i skończyło się to kiepskim stanem cery. Musiałam jak najszybciej wrócić do sprawdzonych produktów takich jak Nacomi Czarne Mydło oraz Najel mydełko Aleppo, tym razem oliwkowo - laurowe. Już po kilku myciach stan cery wrócił do normy, ufff. Przeglądając inne produkty natknęłam się na biosiarczkowe mydło mineralne w płynie. Opisane składniki skusiły mnie, jednak już na spokojnie, gdy przeczytałam INCI, to znalazłam tam Sodium Lauroyl Sarcosinate. Nie jestem chemikiem i posiłkuję się tym co wyczytam. Natomiast o tym składniku jedni mówią, że jest szkodliwy, inni nie. Trochę boję się eksperymentować, na razie się zastanawiam.



Znacie kosmetyki do włosów Kallos? Ja nie, ale będę poznawać. Mają dużo ciekawych produktów, skusiłam się na Szampon do włosów z ekstraktem z kawioru Caviar oraz Kondycjonującą maskę do włosów Cherry. Ciekawe co zrobią z moimi włosami. 


Pędzli u mnie nigdy nie jest za mało. Jakiś czas temu głośno było o pędzlach Kavai. Ostatnio zamarzył mi się płaski, ścięty pędzel do konturowania. Znalazłam go w ofercie właśnie tej firmy. Jak na razie spisuje się bardzo fajnie i myślę, że coś jeszcze wypróbuję z tej firmy.


Jak jesteśmy przy temacie pędzli, to nieodłącznym ich elementem jest ich mycie. Ponoć ten produkt, szczoteczka do mycia pędzli od Makeup Revolution ma w tym pomóc. Jak na razie mam mieszane uczucia, ale jestem dopiero po pierwszym użyciu. Zobaczymy, czy zakup okaże się trafiony.


Na koniec - cień do powiek firmy Freedom. Otrzymałam go jako gratis do zakupów. Kolor 206 Nude ładnie się prezentuje na swatchach, jednak nigdy nie używałam kosmetyków tej firmy i na chwilę obecną nic więcej nie powiem.



Oczywiście, po zakończeniu zakupów, przypomniałam sobie o kilku innych rzeczach, które chciałabym mieć. Ale to następnym razem.

A u Was co nowego pojawiło się w tym miesiącu?
Pozdrawiam :)




Czytaj dalej »

piątek, 12 lutego 2016

Green and Gold Haze - Valentine's Day Makeup

Macie już wybrany makijaż na Walentynki? Jeżeli nie, to mam dla Was propozycję, która świetnie powiększa i podkreśla oczy. I tym razem nie ma kreski wykonanej czarnym linerem, zamiast tego pracowałam kolorem, rozcierałam, aby uzyskać doskonałą mgiełkę.


Najpierw wzdłuż linii rzęs namalowałam kreskę kredką i ją roztarłam. Następnie rozpoczęłam nakładanie cieni: załamanie powieki podkreśliłam ceglanym cieniem, a brązowy cień nałożyłam na zewnętrzną część powieki. Wszystko oczywiście ze sobą roztarłam. Na niepomalowaną przestrzeń nałożyłam piękny złoto zielony duochromowy cień, który na wcześniej nałożonej kredce po prostu rozkwitł - dzięki temu zielone refleksy pięknie się mienią. Aby jeszcze bardziej rozświetlić spojrzenie, na środku powieki zaaplikowałam jasno-żółty kolor. Pozostało tylko rozjaśnić wewnętrzne kąciki, podkreślić dolną powiekę oraz wytuszować rzęsy.


Niestety ułomność mojego aparatu nie złapała zieleni na powiekach na zdjęciach całej twarzy, dodatkowo zdjęcia wyszły bardzo chłodne. Szkoda, bo całość naprawdę świetnie się prezentowała.





Użyte kosmetyki:

//TWARZ / FACE//
- Revlon Colorstay 150 Buff
- Kryolan Concealer Circle 2
- Maybelline Affinitone Concealer 02 Natural
- Rimmel Stay Matte Pressed Powder
-DiorSkin Nude Tan Sun 003
- Kobo Professional  Matte Blusher 202 Terra Cota
- My Secret Face Illuminator Powder
//BRWI / BROWS//
- My Secret Design You Eyebrow Gray
- Kobo Professional Eyebrow Colour 302 Ash
- Deni Carte Beige Pencil
//OCZY / EYES//
- Urban Decay Eyeshadow Primer Potion 
- Urban Decay 24/7 Glide-On Eye Pencil Perversion
- Makeup Geek Eyeshadows: Desert Sands, Mirage, Bada Bing, Karma (duochrome), Voltage (duochrome), Ice Queen
- L'Oreal Volume Million Lashes So Couture Mascara
//USTA / LIPS//
- Kiko Velvet Mat - Satin Lipstick 602 Natural Rose




Jak Wam się podoba taki makijaż?  Czekam na Wasze komentarze :)


Pozdrawiam :) 




Czytaj dalej »

środa, 10 lutego 2016

Kobo Professional Matte Lips 401 LA MADELEINE, 402 SAINT TROPEZ

Pod koniec roku Kobo Professional wypuściło kolekcję 6 matowych pomadek w elektryzujących kolorach. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać dwa jaśniejsze odcienie, które na stałe zagościły w mojej kosmetyczce. Jeżeli często zaglądacie do mnie, to na pewno widziałyście już je w akcji w makijażach. O pozostałych kolorach na pewno napiszę innym razem, otrzymałam je kilka dni temu, więc ciężko mi jeszcze o nich cokolwiek powiedzieć. Zapraszam Was na recenzję pomadek Kobo Professional Matte Lips.

 




Jak widzicie na zdjęciach, opakowanie pomadek jest fenomenalne. Po raz pierwszy spotkałam się z takim rozwiązaniem. Na żywo oczywiście prezentują się jeszcze lepiej. Aż chce się po nie sięgać. Wycięte kwiaty naprawdę dodają uroku. 


Pomadki nakłada się bardzo łatwo, ponieważ są kremowe. Pigmentacja też jest bardzo wysoka, już jednym pociągnięciem pokryjemy usta kolorem. Trwałość naprawdę dobra, u mnie trzymały się kilka godzin, schodzą równomiernie. Wykończenie, jakie one dają, moim zdaniem jest satynowo- matowe. Aby uzyskać pełen mat należy odcisnąć nadmiar produktu w chusteczkę - ja tak robię ze wszystkimi pomadkami, więc nie jest to dla mnie problematyczne. Natomiast gdy tego się nie zrobi, otrzymamy satynowy kolor. Jednak to mat skradł mi serce i w takiej wersji go noszę.


401 LA MADELEINE - piękny beżowo-brzoskwiniowy ciepły kolor, z którym bardzo się polubiłam. Uwielbiam takie kolory na co dzień i od święta, ponieważ nie lubię krzykliwych odcieni na ustach. 

402 SAINT TROPEZ - piękny nasycony róż, troszkę neonowy, choć po odciśnięciu nadmiaru w chusteczkę traci odrobinę tej "krzykliwości". I w takiej wersji skradł mi serce. Nie sądziłam, że kiedykolwiek tak bardzo się polubię z różowym kolorem. Takie usta świetnie odświeżają makijaż. Myślę, że w sezonie wiosna - lato takie kolory są pożądane, choć ja już teraz po nią bardzo często sięgam.



Oba kolory ostatnio często mi towarzyszą, na początku częściej 401, teraz 402. Efekt, który nadają ustom, bardzo mi się podoba. Jeżeli Wam także skradły serca, to możecie je znaleźć w Drogeriach Natura, kosztują 15,99zł. 

 


A według Was, który kolor do mnie bardziej pasuje? 401 czy 402?

Pozdrawiam :)



Czytaj dalej »

poniedziałek, 8 lutego 2016

Kawa z mlekiem czy bez?

Po weekendowej przerwie wracam do Was z postami. Tym razem chciałabym Wam pokazać dwa lakiery w brązowo-beżowych kolorach, które od razu skojarzyły mi się z kawą i mlekiem, którą uwielbiam. Stąd właśnie taki tytuł. Bardzo często sięgam po te kolory, stosuję je pojedynczo albo razem wymyślając różne połączenia. Myślę, że są one na tyle uniwersalne, że jeżeli lubicie takie odcienie, to na pewno przypadną Wam do gustu.


 



Ciemny brązowy kolor to Sensique Colour 160 Graphite, natomiast jasny beż to Sensique Colour 188 Latte. Oba lakiery pochodzą z tej samej odnowionej serii, dostępne są tylko w Drogeriach Natura. Aplikacja jest bezproblemowa, mimo początkowo dość rzadkiej konsystencji. Małym zgrabnym pędzelkiem bardzo dobrze się operuje. Lakier przy dwóch warstwach daje dobre krycie, posiada wysoki połysk, szybko schnie oraz jest w miarę trwały na paznokciach, nie odpryskuje.



Co wolicie, kawę z mlekiem, czy bez?

Pozdrawiam :)

 



Czytaj dalej »
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...